rieuew.com
Przez czterdzieści jeden lat pracowałem w pogotowiu ratunkowym. W medycynę wierzyłem tak, jak niektórzy wierzą w Boga: bez zadawania pytań. Mojego brata nie uratowała. Mnie natomiast na nogi postawiła stara chińska receptura, z której przez całe życie tylko bym się śmiał. Piszę to po to, żebyście nie musieli przechodzić przez to, przez co przeszliśmy my dwaj. Nazywam się Józef Nowak, mam 68 lat i mieszkam w Krakowie. W wieku dwudziestu trzech lat zacząłem pracować jako ratownik medyczny w pogotowiu ratunkowym. Mam za sobą czterdzieści jeden lat wyjazdów: zawały, nagłe porody, złamania, pijane sobotnie noce, oblodzone drogi i wezwania, przy których liczy się każda minuta. Całe moje życie zawodowe było podporządkowane jednemu celowi: dotrzeć na czas. I byłem przekonany, że jeśli dotrzemy na czas, system zrobi potem to, co trzeba. Przez czterdzieści jeden lat mówiłem ludziom to samo: idźcie do lekarza, słuchajcie lekarza, nie leczcie się najróżniejszymi domowymi sposobami. Sam byłem jednym z pierwszych ogniw tego łańcucha. To ja przywoziłem ludzi do systemu i byłem przekonany, że kiedy już się w nim znajdą, wszystko działa tak, jak powinno. Miałem starszego brata, Franciszka. Był ode mnie o dwa lata starszy. Całe życie pracował jako murarz: rusztowania, worki cementu, całe dnie na kolanach na betonie. Był silnym człowiekiem i wydawało się, że nic nie jest w stanie go złamać. Gdzieś około sześćdziesiątego piątego roku życia zaczął narzekać na kolano. Potem zaczęło boleć go również biodro. A kto mógł mu pomóc lepiej niż ja? Jego młodszy brat, który przez ponad czterdzieści lat pracował w pogotowiu ratunkowym. Znałem ordynatorów oddziałów, ortopedów i traumatologów. Miałem w telefonie ich prywatne numery. Mogłem zadzwonić. Drzwi otwierały się przed nami zarówno w szpitalu w Krakowie, jak i później, kiedy jeździliśmy na badania do Warszawy. Drzwi rzeczywiście się otwierały. Ale za nimi niemal zawsze czekało na nas to samo: leki przeciwzapalne, blokady, a potem: „Pr