{{product.name}}
Mam 67 lat. Jestem zakonnicą. Dwa miesiące temu przełożona powiedziała mi, że przenoszą mnie do domu dla chorych sióstr przy klasztorze w Częstochowie. Powiedziała to łagodnie. Z miłością. Ale zrozumiałam — spisują mnie na straty. Wysyłają mnie umierać. Przez dwadzieścia trzy lata służyłam w klasztorze sióstr bernardynek w Krakowie. Dwadzieścia trzy lata wstawałam o czwartej rano na jutrznię. Piekłam chleb. Malowałam ikony. Przyjmowałam pielgrzymów. A teraz — wózek inwalidzki i dom dla tych, którzy już nie mogą. W świecie nazywałam się Genowefa. Pochodzę z Tarnowa, Małopolska. W wieku 22 lat wyszłam za mąż za Stanisława, kierowcę autobusu. Urodziłam córkę Helenę. W 1998 roku, kiedy miałam 40 lat, Stanisław zginął w wypadku w drodze do Krakowa. Ciężarówka zjechała na przeciwny pas. Zostałam sama z dwunastoletnią córką. Pracowałam w zakładzie konserwowym w Tarnowie. Dwunastogodzinne zmiany, żeby Helena mogła się uczyć. Plecy bolały mnie już wtedy. Ale wytrzymywałam. Co innego mogłam zrobić? W 2002 roku Helena rozpoczęła studia na uniwersytecie w Krakowie. A ja — przyszłam do klasztoru bernardynek. Ojciec Franciszek, mój spowiednik z Tarnowa, powiedział mi: „Genowefo, oddałaś wszystko. Męża, młodość, zdrowie. Idź do Matki Bożej. Ona na Ciebie czeka”. W 2006 roku złożyłam śluby. Zostałam siostrą Marią Nadziei. Dwadzieścia lat służby. Najpierw piekarnia — wyrabianie ciasta rękami, godziny przy piecu. Potem ogród — na kolanach, w każdą pogodę. Potem pracownia malowania ikon — pochylona nad deskami po dziesięć godzin dziennie. Plecy bolały mnie zawsze. Ale ofiarowywałam to Bogu. Myślałam — to mój krzyż. Nie skarżyłam się. A potem krzyż stał się nie do zniesienia. Cztery lata temu, zimą 2022 roku, niosłam skrzynkę ze świecami śliską ścieżką do górnej kaplicy. Poślizgnęłam się. Upadłam na plecy. Usłyszałam trzask. Siostry znalazły mnie po pół godzinie. Leżałam na śniegu i nie mogłam się podnieść. Nogi mnie nie słuchały. W Krakowie zrobiono mi rezonans magnetyczny. Kompresyjn