{{product.short_description}}
Moja babcia Małgorzata, mając 87 lat, przygotowywała się już na najgorsze… ale nauka miała inne plany. Siedziała w swoim starym fotelu gdzieś niedaleko Lublina. Przez okno widać było kwitnące jabłonie, ale w pokoju unosił się zapach lekarstw i beznadziei. Babcia Małgorzata ma 87 lat. W Polsce w tym wieku często się mówi: „Tak widocznie Bóg chciał, moje dziecko…” Prawie nie mogła już wstawać. Jej nogi były jak żeliwne kolumny, opuchnięte od obrzęków. Ciśnienie skakało jak szalone: raz zbyt wysokie, raz zbyt niskie. Patrzyła na swoje dłonie i jakby ich już nie rozpoznawała. — Zrozum mnie — mówiła mi — najgorsza nie jest śmierć. Najgorsze to być ciężarem dla innych. Widziałem, jak bardzo się wstydziła prosić o pomoc, by dojść do kuchni. Widziałem, jak odwraca wzrok, gdy przynosiłem z apteki kolejną reklamówkę leków. Piła je garściami. Na serce. Na stawy. Na cukier. Niebieskie, białe, różowe tabletki. Ale czy czuła się lepiej? Nie. Ona po prostu powoli gasła. W wieku 87 lat żyła jak w ciągłej mgle. W dzień — senność, w nocy — bezsenność z powodu bólu pleców. Lekarze w przychodni tylko wzruszali ramionami: — A czego się pan spodziewał? Naczynia są zużyte. Zasoby organizmu się wyczerpały. Ale ja im nie uwierzyłem. Nie wierzyłem, że człowiek musi stać się „rośliną” tylko dlatego, że jego wiek zaczyna się od cyfry 8. Wszystko zmieniło się w pewien czwartek. Spotkałem starego znajomego, który pracuje w laboratorium badawczym w Warszawie. Zaczęliśmy rozmawiać o mojej babci. — Słuchaj — powiedział — dlaczego leczycie tylko objawy? — Co masz na myśli? — zapytałem. — Podajecie jej leki na ciśnienie, żeby rozszerzyć naczynia. Smarujecie kolana maścią na ból. Ale nie ruszacie prawdziwej przyczyny. Wyjaśnił mi coś, czego nigdy nie zapomnę. Nasze ciało to system biologiczny. Z biegiem lat w komórkach gromadzą się „odpady”. Procesy odnowy zasypiają. Krew staje się gęsta jak syrop i nie niesie już życia do organów. — Istnieją technologie — powiedział cicho. — Pierwotnie b