Wesele odkładaliśmy już drugi raz. Za trzecim razem nawet nikt głośno nie pytał – wszyscy tylko spuszczali wzrok. Nazywam się Szymon Król, mieszkam w Polsce, w Płocku. Na magazynie jeżdżę wózkiem. Praca zwykła, znam ją, daję radę. Po zmianie wracałem do życia, które niby szło do przodu, a tak naprawdę stało w miejscu od dwóch lat. Z narzeczoną jesteśmy długo. Najpierw był termin ślubu, potem „poczekajmy do wiosny”, potem znowu coś wypadło. Nie przez kłótnie. Przez kasę i wstyd, że znowu nie ogarniamy. Rodzina już nie naciskała. Gorzej – zaczęła mówić ciszej. A to bardziej boli. Ona uśmiechała się przy ludziach, a w domu coraz częściej milczała przy herbacie. Nie robiła scen. Po prostu widać było, że przestaje wierzyć, że ten dzień w ogóle będzie. Ja po pracy siadałem w aucie i nie chciało mi się wchodzić. Nie dlatego, że jej nie kochałem. Dlatego, że znowu nie miałem dobrej wiadomości. Każdy miesiąc zjadały te same rzeczy: mieszkanie, życie, dojazd, drobne długi u rodziny z poprzednich „już prawie”. Na wesele, obrączki, salę i spokojny start zostawało zawsze za mało, żeby powiedzieć twardą datę i się jej trzymać. Znajomy z hali rzucił kiedyś przy papierosie: „Zagraj, znam ludzi, co im deposit pomógł.” Odmachnąłem. Bo już próbowałem. Dwa razy. Raz 750 zł, raz 900 zł. Oba w plecy. Potem odpuściłem. Pomyślałem: nie ruszaj pieniędzy, skoro i tak każda złotówka jest obiecana w pięciu miejscach. Potem usłyszałem, jak ona przez telefon mówi mamie: „Nie, daty na razie nie ma.” Głos miała równy, prawie obojętny. I to mnie dojechało bardziej niż płacz. Zrozumiałem, że jak znowu schowam temat do szuflady, to nie odkładamy wesela. My odkładamy nas. Więc wbiłem 1100 zł. Bez nadziei. Raczej ze złości na siebie. Jak znowu spłynie – nie wracam do tego. I wpadło 35.500 zł. Wróciłem do domu później niż zwykle. Położyłem telefon na stole i powiedziałem tylko: bierzemy datę. Ona długo na mnie patrzyła, jakby czekała, że się poprawię albo zaśmieję. Jak nie zaśmiałem, usiadła i