{{product.name}}
Cześć wszystkim. Mam na imię Łukasz, mam 68 lat i od czterech lat jestem na emeryturze. Przez trzydzieści sześć lat uczyłem chemii w liceum, moja żona Teresa też jest już na emeryturze. Mamy jedną córkę i sześcioletniego wnuka, Kacpra. Piszę to, bo jeszcze rok temu chyba sam przed sobą nie chciałem przyznać, jak bardzo się zmieniłem. Przez większość życia nie potrafiłem usiedzieć w miejscu. W sobotę rano jeździłem na szachy z Markiem, z którym znam się ponad dwadzieścia lat, wieczorami robiliśmy z Teresą rundkę po osiedlu, w niedzielę jechaliśmy na obiad do córki. Jak miałem wolne popołudnie, siedziałem w garażu i dłubałem w drewnie. Półki, skrzynki, karmniki, czasem jakiś mały stolik. Nic wielkiego, po prostu zawsze lubiłem coś robić rękami. Po przejściu na emeryturę wszystko zaczęło jednak po cichu zwalniać. Najpierw skróciłem spacery, potem coraz częściej odwoływałem szachy, a do córki mówiłem Teresie: „Jedź sama, ja dzisiaj zostanę”. Tłumaczyłem się kolanem albo zmęczeniem, ale prawda była taka, że coraz wygodniej było mi siedzieć w fotelu przed telewizorem. Nawet nie zauważyłem, że zacząłem za każdym razem odpychać się rękami od podłokietników, kiedy chciałem wstać. Pewnej niedzieli córka zostawiła u nas Kacpra na kilka godzin. Mały budował na dywanie wieżę z drewnianych klocków, a ja jak zwykle siedziałem z gazetą. W końcu podszedł i mówi: „Dziadku, chodź zobaczyć”. Wstałem, opierając się obiema rękami o fotel, podszedłem do niego, pochwaliłem konstrukcję i wróciłem na miejsce. Kacper chwilę na mnie patrzył, po czym zapytał: „Dziadku, dlaczego ty teraz zawsze tak robisz rękami, jak wstajesz? Kiedyś tak nie robiłeś”. Powiem Wam, że sześciolatek potrafi człowieka trafić jednym zdaniem lepiej niż ktokolwiek dorosły. Później jeszcze zapytał, czy wszystko ze mną dobrze. Odpowiedziałem, że chyba tak, ale sprawdzę. I rzeczywiście sprawdziłem. Poszedłem do lekarza, zrobiłem badania i na szczęście nic poważnego nie wyszło. Usłyszałem tylko coś bardzo prostego: mam się