Czytaj tutaj -->>
Miałem 24 lata i właśnie dostałem pierwszą pracę we Wrocławiu. Dzień przed wyjazdem znalazłem dziadka siedzącego na schodach. Nie potrafił wstać. Nazywam się Mateusz. Mieszkaliśmy z 76-letnim dziadkiem Stanisławem niedaleko Rzeszowa. Od lat bolały go kolana, ale nikomu o tym nie mówił. Tego ranka nogi po prostu odmówiły mu posłuszeństwa. — Od kiedy tak masz? — Od jakiegoś czasu. — Dziadek, od kiedy? Milczał. Następnego dnia zamiast do Wrocławia pojechałem z nim do lekarza. Potem były zdjęcia, badania i kolejne wizyty. Usłyszeliśmy o zaawansowanych zmianach zwyrodnieniowych, rehabilitacji, leczeniu i możliwości operacji. W samochodzie dziadek powiedział tylko: — Jutro pojedziesz do tej swojej pracy. Nie pojechałem. Najpierw poprosiłem firmę o dwa tygodnie. Potem o kolejne dwa. Stanisław radził sobie jednak coraz gorzej. Czternaście schodów do łazienki potrafiliśmy pokonywać kilkanaście minut. Po miesiącu zadzwonił kierownik. — Mateusz, rozumiemy twoją sytuację, ale projekt rusza. Musimy zatrudnić kogoś na twoje miejsce. Odłożyłem telefon. Dziadek siedział naprzeciwko. — Przeze mnie? — Dziadek, nie zaczynaj. — Pytam. Nie odpowiedziałem. I tak zaczęło się nasze nowe życie. Rano pomagałem mu wstać. Potem łazienka. Śniadanie. Leki. Zakupy. Wizyty. Najgorsze były schody. Czternaście stopni. Zacząłem je liczyć. — Jeden. Krok. — Dwa. Przerwa. — Trzy. Czasem wejście na piętro trwało piętnaście minut. Dziadek trzymał się poręczy tak mocno, że bielały mu palce. Kiedy próbowałem go złapać, złościł się. — Puść. — Jak cię puszczę, polecisz. — Nie polecę. — Przed chwilą prawie poleciałeś. — Mateusz, mam siedemdziesiąt sześć lat, a nie sześć. — To przestań zachowywać się jak sześciolatek. Patrzył na mnie groźnie. A potem czasem się śmiał. Z czasem śmiał się coraz rzadziej. Po dwóch miesiącach przestał chodzić do sklepu. Po trzech praktycznie nie wychodził z domu. Siadał przy oknie i patrzył na ludzi idących ulicą. Ja w tym czasie patrzyłe